Dzikusy. Francuskie wesele

Dzikusy. Francuskie wesele



Tytuł francuskiej powieści „Dzikusy” z początku był dla mnie mylący i bałem się, że mam do czynienia z dosyć frywolną „pościelówą”. Studiując okładkę szybko zorientowałem się, że „Dzikusy” to thriller polityczny i saga rodzinna, na której punkcie oszalała Francja. Temat bardzo aktualny, ocierający się o rzeczywistość, tak więc dla mnie obowiązkowy.

Książka opowiada o tym, co wydarzyło się w trakcie jednego z arabskich przyjęć weselnych, mających miejsce w Saint-Etienne, mieście na południu Francji. Jest to wesele o tyle niecodzienne, że dzieje się w przededniu wyborów prezydenckich, w których dużą szansę na wygraną - po raz pierwszy w historii - ma przedstawiciel społeczeństwa arabskiego. 




Historia skupia się na całej rodzinie pana młodego, którą najczęściej poznajemy z punktu widzenia jednego z młodszych kuzynów, 18-letniego Karima. Szybko zauważamy, że wszystkie wyrażenia ze słowem „arabski” są tu zdecydowanie zbyt ogólnym sformułowaniem. Każda z rodzin pochodzi z innej części świata arabskiego i jak się okazuje ma to bardzo duże znaczenie. Krewni Karima są, tak jak autor tej książki, Kabylami, czyli ludem pochodzącym z Algierii, która była niegdyś kolonią francuską. Fakt takiego pochodzenia, ale też tego z którym pokoleniem imigrantów mamy do czynienia, rzutuje bardzo na stosunek danej osoby do tradycji, rodowitych Francuzów, innych imigrantów, oraz tego co w tej historii jest najważniejsze, do Szawisza, kabylskiego kandydata na prezydenta Francji. Mając tą wiedzę, zagłębiamy się wraz z dalszą lekturą w troski, nadzieje i żale poszczególnych członków familii.

Poprzez opisanie wydarzeń na jednym, wydawałoby się mało znaczącym weselu, Sabri Loutah bardzo zręcznie ukazuje nam panoramę ogromnej części społeczeństwa, które zamieszkuje Francję. Sam autor jest Kabylem tak więc temat opisuje w sposób bardzo ciekawy. Uderza bardzo duża niejednorodność tego środowiska, którą można zauważyć już w tak niewielkiej skali. Kontrastuje to bardzo wyraźnie z oczekiwaniami większości bohaterów, że możliwe jest w ich mniemaniu, aby Francja była jednością, że można gdzieś zasypać coraz głębsze podziały między rodowitymi i przyjezdnymi Francuzami, i że kluczem do tego są prezydenckie wybory. Z drugiej strony pojawiają się głosy, że Szawisz zbytnio oddalił się od arabskich korzeni, nie różni się od innych polityków, a jego chwytliwe hasło ”Przyszłość jest dziś” jest zwykłym zaklęciem, sztuczką wyborczą, a nie nadzieją na coś nowego.



Wątek społeczno-polityczny jest jednak tylko tłem dla właściwej historii. Mamy tu pewną tajemnicę związaną z jednym z kuzynów Karima, który jako jedyny nie przybył na wesele. Pomimo, że nie występuje on prawie w ogóle na kartach tej powieści, to odczuwamy rosnący niepokój i niepewność, która towarzyszy młodemu Karimowi. To jednak dla mnie za mało aby już teraz można było „Dzikusów” określić mianem „thrillera politycznego”. Jest jednak nadzieja, że taka będzie kontynuacja, co przekuje się na bardziej porywającą historię.

Celowo pominąłem część „techniczną” książki ponieważ pod tym względem, tak jak chyba większość recenzentów, nie mam jej nic do zarzucenia. Poszczególni członkowie familii, ich myśli i uczucia są opisane na tyle precyzyjnie, a jednocześnie lirycznie, że poznawanie ich było przyjemnym doświadczeniem. Jednocześnie autor uniknął zbytniego rozpisywania się, bo całość zamknął w niespełna 300 stronach.

Kolejny Dzikus już na mnie czeka 

Ciężko jest mi tą powieść ocenić, bo dużo na to wskazuje, że „Dzikusy” cierpią trochę na tym, że są pierwszym tomem, gdzie pewne rzeczy po prostu należy odpowiednio nakreślić i opisać, aby móc przejść dalej. Sabri Loutah w sposób nieprzeciętny przedstawił Francję, której już niedługo świadkami możemy być my sami i to przede wszystkim przyciąga mnie do tej sagi. Być może, tak jak piszą inni, Sabri ma dar przewidywania przyszłości. A kto nie chciałby jej poznać?


Pozdrawiam

T.

Za egzemplarz recenzencki dziękujemy:




INFORMACJE O KSIĄŻCE

Tytuł: Dzikusy. Francuskie wesele
Cykl: Dzikusy (tom1)
Autor: Sabri Louatah
Data wydania: 26 kwietnia 2017
Gatunek: literatura współczesna
Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 304

Ocena Księgozbioru:
7/10
Lokatorka

Lokatorka




Autorem książki jest Anthony Capella, który napisał „Lokatorkę” pod pseudonimem literackim JP Delaney. Jego artykuły ukazują się w „The Sunday Thimes”, oraz w innych poczytnych magazynach. Choć znany jest polskim czytelnikom z powieści „Afrodyzjak”, „Oficer ślubny”, „Lody dla królowej” czy też „Ulotny urok kawy”, dla mnie osobiście to było pierwsze spotkanie z twórczością tego autora.
„Lokatorka” jakiś czas temu promowana była dość intensywnie i choć zakupiłam ją już w czerwcu to odczekała swoje na półce i chyba było warto. Powiem szczerze, że na początku byłam odrobinę zagubiona w formie, jaką zaserwował nam autor, czyli dwie historie, splecione ze sobą poprzez wybór jakiego dokonują bohaterowie, czyli przeprowadzka do nowego mieszkania. Każdy z nas chciałby mieszać w fantastycznym domu, naszpikowanym technologią i by ten dom sam instynktownie dostosowywał się do naszych potrzeb. Tak było też i w przypadku lokatorów domu przy Folger Street 1, jednak czy jesteśmy w stanie również zaakceptować pewne niestandardowe warunki najmu?




Zamiłowanie właściciela domu do wszystkiego co perfekcyjne wzbudza w czytelniku pewien rodzaj zdziwienia i obawy. Któż szuka w swoim otoczeniu powtarzalnych wzorców tj. wygląd drugiego człowieka czy choćby, przeżywanie podobnych sytuacji, słuchanie takiej samej muzyki. Pewna pedanteria i chęć by wszyscy ludzie postępowali zgodnie z jego wolą i przekonaniami sprawia, że Edward Monkford wzbudza w nas uczucie strachu. Zupełnym przeciwieństwem jest Simon, chłopak Emmy - czuły, troskliwy, ciepły.
Czego tak naprawdę doświadczyły Emma i Jane lokatorki Folger Street 1, dlaczego Jane szuka odpowiedzi, co stało się z Emmą i czy będzie w stanie unieść ciężar odpowiedzi, tego dowiecie się gdy poznacie „Lokatorkę”. Ja mogę dodać tylko tyle, że nie mogłam się od tej książki oderwać. Autor dyskretnie odkrywa przed nami dość wstydliwe sekrety bohaterów. Każde nawet małe kłamstwo, ciągnie za sobą spiralę kolejnych niedomówień, które zamieniają życie głównych bohaterów w istną czarną dziurę. Nikt tak naprawdę nie jest taki, jaki nam się wydaje. W książce podobało mi się również to, że poprzez pytania w niej zawarte czytelnik zaczyna analizować nie tylko losy bohaterów, ale i własne postępowanie. 

 


"Lokatorka" jest specyficzna i na pewno nie każdemu przypadnie do gustu, jednak jeżeli nie spodoba Wam się sama książka to może dzięki lekturze dowiecie się czegoś o sobie. Zatem same plusy. 

Pozdrawiam

A.

INFORMACJE O KSIĄŻCE
Tytuł: Lokatorka
Autor: JP Delaney
Data wydania: 14 czerwca 2017
Gatunek: thriller, sensacja, kryminał
Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 416

Ocena Księgozbioru:

6/10

Morderstwa w Somerset

Morderstwa w Somerset


Anthony Horowitz jest angielskim pisarzem i scenarzystą. Za scenariusz do serialu Detektyw Foyle otrzymał nagrodę BAFTA. Horowitz jest również autorem m.in. serii "Księga Pięciorga" oraz bestsellerowego cyklu o nastoletnim detektywie Aleksie Riderze.

Muszę się Wam przyznać, że „Morderstwa w Somerset” są moją pierwszą pozycją wydawniczą tego autora, ale po lekturze stanowczo mogę stwierdzić, że nie ostatnią.

Bardzo podoba mi się, że książka napisana jest w sposób zupełnie odmienny od wszystkich czytanych przeze mnie do tej pory. „Morderstwa w Somerset” to właściwie dwie połączone powieści kryminalne.



Pierwsza część to śledztwo prowadzone w latach pięćdziesiątych XX wieku przez Attcusa Pünda pisana niewątpliwie w pięknym klimacie. Jest przemyślana i dopracowana w każdym detalu. Śledztwo prowadzone przez Attcusa Pünda cofa nas do pięknej epoki starej Anglii „bez telefonów komórkowych, komputerów, zaawansowanych technik kryminalistycznych, bez natychmiastowego dostępu do informacji”. Dzięki temu już po pierwszych kilu stronach książka wciągnęła mnie bez reszty. Morderstwo, zagadka oraz intrygi to kryminał wprost wyciągnięty z epoki Herkulesa Poirota. Nie bez znaczenia jest fakt, że Horowitz jest scenarzystą gdyż dzięki temu doskonale opisuje nie tylko powiązania międzyludzkie, ale i otoczenie, doskonale gra słowem. Nic nie jest tu przypadkowe. Jest to prawdziwe arcydzieło i niewątpliwie ta część to również rewerans w stronę twórczości mistrzyni kryminału Agathy Chistie.

Jeżeli chodzi o śledztwo prowadzone przez Suzan, które stanowi drugą część książki to prowadzone jest ono we współczesnych realiach. Tu również mamy wiele odnośników do twórczości mistrzyni kryminału szczególnie przez nawiązanie bezpośrednio do jej książek.


Nie będę zdradzać Wam fabuły, bo naprawdę warto poznać „Morderstwa w Somerset” samemu. Mogę zdradzić jedynie tyle, że książka, choć specyficzna w swojej formie, jest fascynująca. Nie przypomina aktualnie wydawanych kryminałów z litrami krwi na każdej stronie. Dzięki „Morderstwom w Somerset” można bardzo miło spędzić czas, samemu pobawić się w detektywa i spróbować rozwikłać zagadkę morderstw. Po tej lekturze powinnam mocno zweryfikować swoje oceny do wcześniej przeczytanych książek. Jedno jest pewne nie łatwo będzie jej dorównać. 

Na koniec nie mogę nie pochwalić wydawnictwa za naprawdę piękną mieniącą się okładkę, która klimatem i treścią odwzorowuje wszystko, co znajdziemy w książce. 

Pozdrawiam i życzę miłej lektury o chciwości, bezlitosnej ambicji i morderstwie. 

A.

Za egzemplarz recenzencki dziękujemy:




INFORMACJE O KSIĄŻCE:

Tytuł: Morderstwa w Somerset
Autor: Anthony Horowitz
Data wydania: 26 września 2017
Gatunek: thriller, sensacja, kryminał
Wydawnictwo: Rebis
Liczba stron: 544

Ocena Księgozbioru:

10/10



[PRZEDPREMIEROWO] Lab Girl

[PRZEDPREMIEROWO] Lab Girl



W szkole nie przepadałam za lekcjami biologii. Niezbyt interesujące, suche fakty oraz nie dość dobrze wyjaśnione mechanizmy nie bardzo przemawiały do mojego młodego umysłu. Gdyby w tamtym czasie wpadła mi w ręce książka „Lab girl”, myślę, że byłoby nam z biologią dużo bardziej po drodze.

„Lab girl” to autobiografia Anne Hope Jahren amerykańskiej geochemik i geobiolog, znanej z prac z wykorzystaniem analizy stabilności izotopów w celu analizy lasów kopalnianych pochodzących z Eocenu. Laureatki wielu prestiżowych nagród w tej dziedzinie. Jej książka „Lab Girl” (2016) została okrzyknięta zarówno jako „osobisty pamiętnik i pean dla świata przyrody”, jak i literacka fuzja pamiętnika i nauki. (powyższe informacje pochodzą ze strony Wikipedia.org).




Ojciec Hope wykładał podstawy fizyki i nauki o Ziemi w college’u przygotowawczym w Minnesocie, dzięki czemu dziewczynka właściwie wychowała się w laboratoriom. Tam czuła się swobodnie, to był jej azyl, jej królestwo. Znacznie lepiej czuła się w laboratorium niż w domu.

„Emocjonalny dystans między członkami skandynawskich rodzin jest czymś, co zaczyna się we wczesnym dzieciństwie i jest codziennie „pielęgnowane”.(…) Mama zawsze chodziła nadąsana, a ja nigdy nie potrafiłam pojąć, dlaczego. Z charakterystycznym dla dziecka egocentryzmem myślałam, że to przez coś co powiedziałam lub zrobiłam.(…)Mimo, że rozpaczliwie chciałam być podobna do ojca, wiedziałam, że mam być przedłużeniem mojej niezniszczalnej matki: poprawką, która miała urzeczywistnić życie, na które zasługiwała i które powinna była wieść.”

Hope skończyła o rok wcześniej liceum i poszła na studia na Uniwersytecie Minnesoty. Zaczęła od studiów literaturoznawczych, ale bardzo szybko odkryła, że to jednak nauki przyrodnicze są jej przeznaczeniem.

„Ludzie są jak rośliny: rosną w stronę światła. Wybrałam nauki przyrodnicze, ponieważ dawały mi to, czego potrzebowałam: dom w dosłownym tego słowa znaczeniu, czyli z definicji bezpieczne miejsce.” 

Jej życiowym celem stało się posiadanie własnego laboratorium, takiego jakie miał jej ojciec. I właśnie o tym jest ta książka o urzeczywistnianiu własnych marzeń. Czasami nie jest to proste, czasami bardzo zabawne. Okazuje się, że  życie „nerda” potrafi być fascynujące jakkolwiek pełnie wyrzeczeń i poświecenia.


Ta książka to fenomenalna opowieść o życiu, miłości i przyjaźni, a wszystko to jest tłem dla obszernego i niesamowicie wciągającego wykładu z geobiologii prowadzonego przez fantastycznego naukowca i cudownego wykładowcę.  

„Każde ziarenko soli w solniczce ma kształt idealnej kostki, jeśli przyjrzeć się mu w powiększeniu. Gdyby to samo ziarenko zmielić na drobny proszek, to uzyskamy miliony jeszcze mniejszych kostek o doskonałych kształtach.”

Dodatkowo autorka chce swą książką zwrócić naszą uwagę na problem ochrony środowiska, które obecnie eksploatujemy do granic możliwości za co w niedługiej przyszłości przyjdzie nam słono zapłacić.  

„(…)każdego roku, od 1990, produkujemy ponad osiem miliardów nowych pniaków ściętych. Jeśli dalej w tym tempie ścinać będziemy zdrowe drzewa, w niecałe sześć lat z każdego drzewa na Ziemi zostanie suchy kikut.”


Pozdrawiam
K.

 Za egzemplarz recenzencki dziękujemy:
INFORMACJE O KSIĄŻCE

Tytuł: Lab girl. Opowieść o kobiecie naukowcu, drzewach i miłości
Autor: Hope Jahren
Data wydania: 20 października 2017
Gatunek: biografia, autobiografia, pamiętnik
Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece
Liczba stron: 432


Ocena Księgozbioru:
10/10


Ubezwłasnogłowieni

Ubezwłasnogłowieni




Za chwilę czeka nas uczta kinowa w postaci “Blade Runnera 2049”, ale już teraz możemy wejść do świata, który pośrednio do klasyka nawiązuje. Być może okładka jak i sam tytuł “Ubezwłasnogłowieni” nie zachęci Was, tak jak i mnie, ale nie dajcie się zwieść. Czeka na Was kawał porządnej literatury, dodatkowo idealnie wpasowującej się w  ponurą pogodę za oknem. 

Czas, w którym rozgrywa się akcja, nie jest dokładnie nam znany, ale z pewnych nowinek technicznych, jak zaawansowany VR (wirtualna rzeczywistość), można wywnioskować, że mamy do czynienia z nie daleką przyszłością. Coraz większa część społeczeństwa nie ma pracy, a co za tym idzie, nie jest nikomu potrzebna. Nie pozostaje nic tylko podpiąć się pod VR i egzystować. Chyba że wcześniej zwariujemy i zaczniemy mordować. A to już prosta droga do stania się ubezwłasnogłowionym. Tu dochodzimy do kolejnej „technologicznej nowinki”. Medycyna w powieści zaszła na tyle daleko, że możliwe jest powszechne unieszkodliwianie ludzi skazanych, jednocześnie ciągle utrzymując ich przy życiu. Wymaga to tylko usunięcia żuchwy, lobotomii i tzw. smażenia mózgu. Po tym możemy już co najwyżej myć podłogę i wyrzucać śmieci. W tak nakreślonym świecie, podczas jednej z akcji w szczególnie niebezpiecznym osiedlu (tym z okładki), poznajemy naszego głównego bohatera Willa Huntera, wysokiego oficera jednostek specjalnych do ścigania najbardziej wykolejonych osobników. Jak się później dowiadujemy, jego życie związane jest z jednym szczególnym ubezwłasnogłowionym, któremu nadal w głowie siedzi zemsta.
Otaczają ją ze wszystkich stron: wynaturzone twarze nieskażone myślą ani uczuciem. Wszędzie unosi się kwaśny zapach ich potu. Muchy i martwe ptaki. Ten w sąsiedniej przegrodzie gapi się przed siebie, nad lewym okiem nosi świeżo wytatuowany, wyraźny kod kreskowy. Nowy zesłaniec do świata żywych trupów.


To co się rzuca od razu w oczy to styl w jakim ten thriller został napisany: bardzo plastyczny, szybki, bez zbędnych opisów, można by powiedzieć, że bardzo lekki. Można by, gdyby nie pojawiające się dosyć często bardzo duże okrucieństwo. Brutalne, finezyjne, skupiające się na wydłużeniu cierpienia morderstwa, oraz akcje policyjne nie należące do najłagodniejszych, mogą sprawić problem co wrażliwszym czytelnikom. Powszechna jest broń energetyczna, która zamiast kogoś dziurawić, zamienia w marmoladę lub malinową mgiełkę. Miejsca zbrodni to prawdziwe dzieła sztuki, a autor nie marnuje okazji aby nam to wszystko dokładnie opisać. Co najdziwniejsze, mimo takich scen, wcale nie czułem dużego niesmaku, a to wszystko dzięki humorowi, który bardzo fajnie kontrastował z ponurą i mroczną rzeczywistością. Fakt, jest on bardzo przewidywalny, wręcz wyrwany prosto z amerykańskiego kina akcji, tak jak i przewijające się postaci (obleśny mały patomorfolog, seksowna pani policjantka), ale czy właśnie tego nie lubimy najbardziej w filmach z np. Brucem Willisem? Ja z pewnością tak. 

Narracja przebiega dwutorowo. Większość książki poznamy z towarzyszącym nam u boku agentem. Jest to część bardzo ciekawa, bardziej przypominająca kino sensacyjne, w którym oprócz wątku globalnego spisku mamy obowiązkowy wątek osobisty. Jest dosyć schematycznie, ale na pewno nie nudno. Co jakiś czas trafiamy jednak do naszego tytułowego ubezwłasnogłowionego, a wtedy robi się naprawdę ciekawie, czasami dosyć strasznie. Zabieg stworzenia dwóch równorzędnych bohaterów wyszedł tu bardzo dobrze, a nie jeden raz dzięki temu książka dostarczyła dodatkowych emocji.


To takie słodkie, jak ludzie przywiązują się do różnych rzeczy. Zapach żony. Kawałek skóry. Kończyna. Ich życie.



Oddzielną sprawą jest sam pomysł ubezwłasnogłowienia ludzi. Autor w kilku miejscach porusza ten problem, zadaje nam pytania, nie dając prostej odpowiedzi. Porusza problem człowieczeństwa, kiedy się ono zaczyna, a kiedy kończy. Czy mamy prawo pozbawić go kogokolwiek? Oczywiście jest to wyraźne puszczenie oka do wspomnianego we wstępie „Blade Runnera” (czy raczej do książkowego pierwowzoru), który szukał odpowiedzi na pytanie, co czyni nas ludźmi. Takie nawiązanie bardzo cieszy, a jednocześnie jest to duży plus, bo oprócz czystej rozrywki mamy coś więcej.

Podsumowując, choć powieść nie jest żadnym przełomem w swojej dziedzinie, a trochę bardziej złożona intryga zapewne by jej nie zaszkodziła, to jednak bardzo przypadła mi do gustu. Do samego końca miałem wrażenie, że czytam wręcz scenariusz do bardzo dobrego, mrocznego kina akcji. Nie zdradzając fabuły powiem, że jest szansa na kontynuacje i z pewnością po nią sięgnę.


Pozdrawiam

T.



Za egzemplarz recenzencki dziękujemy:


INFORMACJE O KSIĄŻCE:

Tytuł: Ubezwłasnogłowieni
Autor: Stuart B. MacBride
Data wydania: 17 sierpień 2017
Gatunek: thriller, sensacja, kryminał
Wydawnictwo: Editio Black
Liczba stron: 400

Ocena Księgozbioru:
8/10


Czarna Madonna

Czarna Madonna



czarna-madonna-mróz-recenzja

Jak już wiadomo wszystkim Remigiusz Mróz płodnym pisarzem jest. Jedni go kochają inni mają już przesyt. Ja go lubię i wiem, że kupując jego książkę nie będę żałowała. To czy do końca będzie ona w moim guście to zawsze pozostaje niewiadomą, jednak pewnik jest jeden źle nie będzie. Promocja książki ruszyła z przytupem, co też prawdopodobnie skłoniło wielu czytelników do zwrócenia uwagi na tę pozycję. Tu naprawdę trzeba bardzo mocno pochwalić wydawnictwo za taką promocję, gdyż ciągła obecność Remigiusza Mroza nie pozwala odetchnąć i nabrać dystansu do twórczości autora.
Akcja książki rozgrywa się we Wrocławiu. Filip, nasz główny bohater, jest byłym księdzem, obecnie będącym w związku z Agatą. Oboje mają udać się w podróż do Izraela jednak obowiązki służbowe zmuszają Filipa do pozostania w kraju. Jego narzeczona zatem wyruszyła w podróż sama. Jak się okazuje wycieczka do Ziemi Świętej kończy się zupełnie inaczej niż oboje zakładali. Boeing 747 irlandzkich linii lotniczych, którym leciała Aneta znikł z radarów w okolicach Morza Śródziemnego. Rodziny pasażerów cały czas czekały na wieści dotyczące swoich bliskich. Brak łączności z samolotem przyprawia o dreszcze w czasach ogarniętych przez terroryzm. Nie było jednak ani wraku, ani łączności z maszyną. Nagle w dalekich zakątkach świata odnotowano sygnał transpondera. Dziwny telefon jaki główny bohater odbiera w środku nocy powoduje, że zaczyna zadawać pytania a odpowiedzi, jakie się Filipowi nasuwają wywołują u niego gęsią skórę.
Bardzo podoba mi się w twórczości Mroza to, że nie idzie na skróty i każdy poruszany przez niego temat jest przez autora dogłębnie zbadany i przeanalizowany.
Ogólnie rzecz ujmując autor miał doskonały pomysł na książkę - horror religijny. Wszystko oczywiście ubrane dość lekkim i przystępnym piórem. Nie łatwo jest przemycić w jednej książce egzorcyzmy, Szeptuchy, znikające i pojawiające się samoloty, oraz wątek Apokalipsy. Mnie książka wciągnęła, gdyż fabuła była wartka i nie pozwalała na chwilę oddechu.
czarna-madonna-mróz-recenzja

Może trochę rozczarowało mnie samo zakończenie, jednak nie w pełni muszę zawsze zgadzać się z wizją samego autora. Książka przez wielu czytelników nie została najlepiej przejęta, jednak sądzę, że nie do końca jestem w stanie zgodzić się z szeregiem negatywnych opinii. W moim mniemaniu są one podyktowane jak wspomniałam we wstępie przesytem twórczości autora oraz tym do czego nas przyzwyczaił w swoich poprzednich książkach.  
Osobiście uważam że pochwalić należy go za to, że jest to książka z zupełnie innego gatunku, a research do niej zebrany był naprawdę dobrze. Ja z miłą chęcią poznałam ten rodzaj pióra autora.
Jeżeli chcecie się przekonać czy tym razem Remigiusz Mróz udźwignął ciężar gatunku jakim jest horror polecam przekonać się samemu.
Pozdrawiam
A.



INFORMACJE O KSIĄŻCE
Tytuł: Czarna Madonna
Autor: Remigiusz Mróz
Data wydania: 19 lipca 2017
Gatunek: horror
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Liczba stron: 460

Ocena Księgozbioru:

7/10
W linii prostej

W linii prostej




Prostowanie klasycznej drogi Crow (E3 5c/6a). Mówi Wam to coś? Mnie też nie, ale to właśnie w tym miejscu odpada od ściany Jake Fayter. Wypadki się zdarzają, szczególnie jeśli uprawia się sporty ekstremalne, jednak naszym bliskim czasem trudno jest uwierzyć w przypadek lub niedopatrzenie, dlatego rodzice Jake’a proszą komisarza Dixon’a, dawnego przyjaciela syna i jego partnera wspinaczkowego, o dokładne przyjrzenie się sprawie śmierci ich jedynego dziecka.

Nick Dixon jest młodym świetnie rokującym policjantem, który postanawia jednak odejść z Metropolitan Police porzucając szansę na awans i wrócić w rodzinne strony.

„Robienie kariery i zaspokajanie własnych ambicji nigdy nie było dla niego szczególnie ważne, (…) Dla niego liczyło się w tym zawodzie jedno: wykrywanie przestępstw.”



Mimo, że drogi Jaka i Nicka dawno się rozeszły detektyw postanawia nieoficjalnie przyjrzeć się tej tajemniczej sprawie, a im bardziej zagłębia się w szczegóły tym więcej nieprzyjemnych faktów wychodzi na światło dzienne. Jednocześnie komisarz musi zmagać się z oficjalnym śledztwem, które prowadzi w ramach swych obowiązków.

„W linii prostej” to pierwszy tom z cyklu o Komisarzu Dixonie. Bardzo chętnie sięgnę po kolejną książkę z tej serii, choć sam komisarz nie zaskarbił sobie mojej sympatii w stu procentach. Mam co do niego mieszane uczucia. Raczej szorstki czasem wręcz antypatyczny, ale za to cholernie inteligentny, uważny i znający się na swojej robocie dzięki czemu akcja toczy się wartko, a ja nawet z pewną przyjemnością przebijałam się przez tajniki sztuki wspinaczki wysokogórskiej i poszerzałam swoją wiedzę na ten temat, co dla laika takiego jak ja jest naprawdę dużym wyzwaniem.     

Pozdrawiam
K.      

Za egzemplarz recenzencki dziękujemy:



INFORMACJE O KSIĄŻCE:

Tytuł: W linii prostej
Cykl: Komisarz Nick Dixon
Autor: Damien Boyd
Data wydania: 17 sierpnia 2017
Gatunek: thriller, sensacja, kryminał
Wydawnictwo: Wydawnictwo HELION
Liczba stron: 192

Ocena Księgozbioru:
7/10
Copyright © 2014 Ksiegozbiór , Blogger
blog
blog